Koncert, który zaczął się od tego, że podbił do nas zupełnie obcy kolo z 10 cm blantem, płacząc, że nie ma z kim palić i czybyśmy mu nie pomogli, nie mógł być nieudany. Mógł być lepszy, mógł być przede wszystkim dłuższy, ale bardziej udany chyba już być nie mógł. Skinner i kompania pokazali totalne show, udowodnili, że przez ostatnie lata, z zespołu dla przeintelektualizowanych wielbicieli nowej prozy brytyjskiej, stali się w nieco mniejszej skali odpowiednikiem Bono, czy Robbiego Williamsa.
Ta sama dbałość o dramaturgię widowiska, ten sam sposób perfekcyjnej manipulacji reakcjami publiki, ta sama sceniczna charyzma, no i na szczęście w odróżnieniu od Bono, Skinner nie pierdoli bzdur ze sceny. Setlista oparta na praktycznie samych debestofowych kawałkach, poprzerabianych czasem w sposób monstrualnie cudowny, poklejonych w jakieś totalnie surrealistyczne medleye i chociaż wokali przez większość czasu nie dało się rozpoznać ze względu na koszmarnie spieprzone nagłośnienie, to publika dzielnie sekundowała obu […]
Popularity: 19% [Wg wyświetleń]


Przepraszamy. Komentarze są dla tego postu wyłączone...